Życie w Chinach (cz.1)

Po raz pierwszy do Chin wyjechałam w 2008. Był to mój pierwszy tak daleki wyjazd i od początku zostałam rzucona na głęboką wodę. Nie znałam chińskiego, mój angielski też nie był wtedy fantastyczny. Zanim wyjechałam do Chin podróżowałam troszkę po europie, ale też niewiele. W 2008 roku spędziłam w Chinach pół roku mieszkając w Szanghaju. Przez pierwsze 6 tygodni wzięłam udział w Winter School, czyli programie uniwersyteckim odbywającym się podczas wakacji zimowych, którego celem jest rozwinięcie poszczególnych zainteresowań i zdobycie dodatkowych punktów ECTS. Organizatorem mojego programu był Tonji University i Shanghai Star Training Center. W ramach programu codziennie uczęszczałam na zajęcia dotyczące ekonomii Chin, prowadzenia biznesu w Szanghaju, kultury Chin i survival Chinese. Dwa razy w tygodniu po zajęciach jechaliśmy odwiedzić duńskie firmy prowadzące działalność w Szanghaju i okolicznych miastach. Program był niesamowicie interesujący i pomagający poznać i zrozumieć codzienne problemy i realia prowadzenia biznesu w Chinach. Po ukończeniu programu większość uczestników wróciła do Europy, ja natomiast zostałam w Szanghaju, gdzie przez resztę swojego pobytu (4,5 miesiąca) odbywałam staż marketingowy w chińskiej firmie.

Pobyt w Szanghaju był dla mnie fantastyczną przygodą i początkiem mojej miłości do Państwa Środka. Zawsze uważałam, że mieszkając w Chinach można ten kraj albo okochać albo znienawidzić. Ze względu na ogromne różnice kulturowe między Chinami a Polską niewiele jest miejsca na uczucia w odcieniach szarości. Wielu znajomych, którzy podróżowali po Chinach nie zgadza się ze mną, ale ta moja teza odnosi się do mieszkania w Chinach, nie jedno- czy dwu-tygoniowych pobytów. Po miesiącu czy dwóch często nie można już patrzeć na noodle, smażony ryż, baozi, jiaozi czy inne chińskie przysmaki, którymi wcześniej zajadało się ze smakiem. Zaczyna brakować dobrego sera, mleka, chleba. Produkty te są w Chinach nie tylko bardzo drogie, ale również trudno dostępne, zwłaszcza w mniejszych miastach. A nawet jak już dopadnie się ten ser czy jogurt to smak też nie jest ten sam. Pamiętam jak po trzech miesiącach w Chinach odwiedziła mnie mama, która przywiozła mi słoik bigosu i polski chleb. Ten bigos z chlebem smakował wtedy jak niebo 😂

Podczas pierwszych zajęć z chińskiego nauczycielka wybrała dla mnie chińskie imię ‘Aiwa’ i tak od tej pory przedstawiałam się Chińczykom, którzy mieli problem z wymową mojego polskiego imienia. Chińczycy czasami się śmiali z mojego imienia pytając skąd je wytrzasnęłam. Mogłabym zapytać o to samo, kiedy przedstawiał(a) mi się kolejny Romeo, Robinson, Ross, Joey, Honey, Sunshine, Hawaii czy Garfield. Tak to prawda, jedna Chinka (!) wybrała sobie właśnie takie imię. Na moje pytanie ‘dlaczego?’ odpowiedziała, że Garfield to jej ulubiona postać i był to dla niej oczywisty wybór. Can’t argue with that, I guess 🙃

Ponownie do Szanghaju wybrałam się w 2013 roku i byłam zaskoczona tym jak bardzo to miasto zmieniło się w ciągu tych pięciu lat. Okolica w której mieszkałam przez pierwsze tygodnie pobytu została przebudowana nie do poznania. Spacerowałam po niej przez kilka godzin próbując odnaleźć hotel w którym początkowo mieszkałam. Bez żadnego rezultatu. Również stosunek Chińczyków do obcokrajowców bardzo się zmienił. W 2008 jako blondynka o jasnej skórze byłam w Szanghaju nie lada atrakcją. Mimo że w mieście mieszkało sporo obcokrajowców, byli to głównie biznesmeni w średnim wieku. Młoda dziewczyna pracująca i mieszkająca sama w Szanghaju należała raczej do rzadkości. Turystów też było znacznie mniej niż teraz. Dlatego też Chińczycy często zatrzymywali mnie na ulicy prosząc o wspólne zdjęcie lub robili mi to zdjęcie z ukrycia myśląc, że tego nie widzę 🙈

To tyle na dzisiaj 🙂 Więcej o Chinach napiszę w kolejnych postach. Zai jian!

You may also like

Leave a comment